Ostatnia szansa na życie

Kochani!

Zwracamy się do Was z prośbą o pomoc. Do wszystkich osób, którzy mogliby w jakikolwiek sposób przyłączyć się do wspólnej pomocy dla Iwonki, która tej pomocy pilnie potrzebuje. Potrzebna jest bardzo duża kwota – 5 milionów złotych. Chcielibyśmy stworzyć płytę w postaci cegiełki i zaprosić Państwa do projektu.

To jest Link ze zbiórki Iwonki.

Potrzebuję pilnie Twojej pomocy! Moje zdrowie i życie jest w niebezpieczeństwie. Choruję na kifoskoliozę piersiowo-lędźwiową dużego stopnia, która od ponad roku ma szybki progres. Poruszanie się i wykonywanie codziennych czynności sprawiają mi ogromny problem. Wymagam 24-godzinnej tlenoterapii pod respiratorem i koncentratorem. Bez specjalistycznego sprzętu medycznego moja saturacja drastycznie się obniża, dlatego jedynym dla mnie ratunkiem jest natychmiastowa operacja w USA. Nigdy w swoim życiu nie prosiłam o pomoc, ale sytuacja, w jakiej się teraz znajduję, nie pozostawia mi wyboru i dlatego proszę Cię o pomoc. Gdy przyszłam na świat miałam 10 pkt. w skali Apgar, dopiero w III klasie szkoły podstawowej na bilansie lekarka stwierdziła u mnie skoliozę. W tamtym momencie nie za bardzo wiedziałam, co to oznacza, miałam zaleconą gimnastykę korekcyjną, basen, a także wyjazdy co pół roku do sanatorium. Mimo moich sumiennych ćwiczeń choroba postępowała i tak w wieku 12 lat konieczna była operacja, która polegała na wstawieniu implantów po obu stronach kręgosłupa. Po operacji przez rok cieszyłam się szczęśliwym życiem, lecz pewnej nocy obudził mnie mocny ból w kręgosłupie, który się utrzymywał. Moja kochana mama pojechała ze mną na wizytę kontrolną do szpitala, a tam lekarz po wykonanym prześwietleniu stwierdził, że jest wszystko w porządku. Mama nie odpuszczała – jednego dnia przypadkiem usłyszała w telewizji o renomowanym szpitalu w Warszawie. Bez chwili wahania postanowiłyśmy, że pojedziemy, aby zasięgnąć opinii innego lekarza. Na wizycie dowiedziałyśmy się, że pierwsza operacja została źle wykonana i trzeba usunąć implanty.

W marcu 2001 r. poddałam się operacji, a za 8 miesięcy był kolejny etap, który polegał na założeniu wyciągu czaszkowo – kolanowego. Spędziłam ponad 3 tygodnie w szpitalu – dzięki Bogu cały czas była ze mną mama, która mnie bardzo wspierała, pomagała i zapewniała że wszystko będzie dobrze. Wyciąg sprawił, że 10 cm urosłam, później nastąpiło usunięcie wyciągu i wstawienie implantu po lewej stronie kręgosłupa. Po upływie kilku dni miałam zakładany gorset gipsowy – z takim pancerzem zostałam wypisana do domu dzień przed Świętami Bożego Narodzenia. Po upływie 2 tygodni jechałam do szpitala na zdjęcie gorsetu, a także szwów. Dowiedziałam się, że na prawej łopatce zrobiła się odleżyna (leczyłam ją rok). Musiałam miesiąc być na oddziale, ponieważ miałam robiony na wymiar gorset ortopedyczny, który nosiłam przez 1,5 roku – zdejmowałam go tylko do kąpieli. Lekarz informował mnie, że po zdjęciu gorsetu będzie wykonywał dalsze etapy operacji, do których niestety nie doszło.

Miałam 15 lat, rosłam, a wskutek tego groziło mi przebicie implantu w odcinku szyjnym. Na domiar złego lekarz, który mnie operował, poważnie zachorował i przebywał na zwolnieniu lekarskim. Nie mogłam czekać, więc pojechałam z moją mamą na konsultację do Trzebnicy i tam usłyszałyśmy, że lekarz podejmie się usunięcia implantu, ale nic poza tym. Musiałam bardzo uważać przez ten czas, gdyż w każdej chwili implant mógł przebić moją skórę, czego się ogromnie obawiałam.

Dopiero w październiku 2006 r. w Warszawie byłam poddana operacji usunięcia implantu, pamiętam, jak na wizycie pytałam Pana doktora, czy po wyjęciu stabilizacji mój kręgosłup nie będzie się krzywił, ponieważ wewnętrzny głos podpowiadał mi, że przecież totalnie nic nie będzie mnie podtrzymywać, a do tego kręgosłup będzie bardzo mocno osłabiony, usłyszałam odpowiedź „NIE”, co mnie uspokoiło.

Nie minęło pół roku, a mój stan zdrowia zaczął się pogarszać i konieczny był koncentrator tlenu, pod którym spędzałam od 8-12 godzin codziennie, tak było do początku lutego 2009 r. 11 lutego bardzo źle się czułam, byłam słaba, miałam sine usta, paznokcie, czułam, jak kręci mi się w głowie. Moja ukochana mama zadzwoniła po pogotowie i zabrali mnie do szpitala. Tam nastąpiło u mnie zatrzymanie akcji krążenia, zostałam przewieziona na OIT w Oleśnie z obustronnym zapaleniem płuc. Przez tydzień byłam utrzymywana w śpiączce farmakologicznej, oddychał za mnie respirator, jednym słowem byłam jak „roślinka”, lekarze nie dawali mi szans na przeżycie. Po upływie tygodnia byłam przytomna, świadoma wszystkiego. Pamiętam, jak kilka razy w ciągu dnia byłam odsysana przez rurkę intubacyjną (okropne uczucie), pamiętam, jak miałam przeprowadzone dwie próby odłączenia od respiratora, ale byłam jeszcze zbyt słaba, aby samodzielnie oddychać. Pamiętam również, jak odwiedzała mnie rodzina, a ja przez rurkę nie byłam w stanie z nimi porozmawiać, tylko łzy ciekły mi po policzkach z tej bezsilności. Potrafiłam jedynie napisać kilka słów na klawiaturze telefonu, ponieważ byłam bardzo słaba.

Następnie 27 lutego byłam transportowana do DCChP we Wrocławiu, tam zostałam poddana wielu badaniom, m.in. nocnemu testowi podczas snu, który pokazał, że mam bezdechy, które sprawiają, że nie dotleniam się dobrze, co skutkowało tym, że jednej nocy trafiłam na OIOM, ponieważ mój stan się pogorszył i na cztery dni zostałam ponownie zaintubowana. Lekarz prowadzący oznajmił mi, że jest konieczne, abym podczas snu miała wspomaganie, mianowicie przewlekłą nieinwazyjną wentylację mechaniczną, abym się dobrze dotleniała. Początki były bardzo ciężkie, aby nauczyć się współgrać ze sprzętem, ale wiedziałam, że to jest konieczność, abym mogła dalej cieszyć się życiem. Z dnia na dzień małymi kroczkami robiłam postępy. Po ponad miesięcznym pobycie wróciłam do domu z dwoma „przyjaciółmi”, którzy sprawiali, że mogłam w miarę normalnie funkcjonować. Zostałam, także objęta opieką specjalistyczną dla osób na domowej tlenoterapii – miałam zleconą lekarkę, pielęgniarkę, oraz rehabilitanta raz w tygodniu. W tym samym roku jeszcze dwa razy trafiałam do szpitala z zapaleniem płuc.

W czasie ostatniego pobytu w szpitalu zostałam zaopatrzona w sprzęt o nazwie „Koflator”- w prostym tego słowa znaczeniu, działał na zasadzie odkurzacza, ponieważ sprawiał, że w moich płucach nie było żadnego zalegania, co spowodowało, że w kolejnych latach miewałam infekcje wirusowe, które nie kończyły się szpitalem. Następnie w 2010 r. miałam operację na nerki, ponieważ przez skrzywienie kręgosłupa w prawej nerce zaczęły mi się tworzyć kamyczki. Kolejną operację usuwania kamyczków miałam cztery lata później. Widząc, jak moja kifoskolioza postępuje, w dalszym ciągu szukałam specjalisty i tak w 2015 r. byłam w Krakowie na konsultacji u znanego i cenionego Profesora, który po zapoznaniu się z moim stanem zdrowia stwierdził, że woli mnie chodzącą niż jeżdżącą na wózku.

Mijały lata, następował coraz większy ucisk na płuca, miałam coraz gorszą saturację. Moja lekarka, która jest wspaniałym człowiekiem, zaproponowała mi, abym pojechała na konsultację do jej kolegi neurochirurga. Tak też uczyniłam 29 stycznia 2019 r. Pamiętam, jak weszłam do gabinetu i pierwsze słowa lekarza, jakie usłyszałam to to, że takie skrzywienie widział, jak był w Chinach. Doradził mi, abym pojechała do Wrocławia, bo tam jest bardzo dobry ortopeda. 17 stycznia 2019 r. pojechałam na ustaloną wizytę do Wrocławia, lekarz zrobił na mnie miłe wrażenie, ponieważ był bardzo konkretny, empatyczny zlecił mi wykonanie spirometrii, densytometrii, a także konsultację u kardiologa. Zadeklarował, że podejmie się leczenia – gdy to usłyszałam, poczułam radość zmieszaną ze strachem, ponieważ doktor oznajmił mi, że będzie konieczny wyciąg i dni pokażą, ile uda się mnie wydłużyć, co przełoży się na stopień wyprostowania.

Gdy zrobiłam badanie densytometrii (gęstość kości) i z wynikiem udałam się do poradni osteoporozy, usłyszałam diagnozę, że mimo moich 32 lat choruję na zaawansowaną osteoporozę. Musiałam podjąć leczenie zastrzykami o nazwie Prolia, co pół roku, gdyż ze względu na kamicę nerkową nie mogłam brać tabletek. 10 kwietnia 2019 r. jechałam ponownie do Wrocławia z moimi wynikami, miałam również konsultacje z anestezjologiem, podpisałam dokument, że wyrażam zgodę na leczenie i miałam oczekiwać na termin przyjęcia do szpitala. Czekał mnie długi pobyt w szpitalu, ale wiedziałam, że muszę się tego podjąć, aby ratować swoje życie.

I tak mijał miesiąc za miesiącem, z Wrocławia nie było żadnej informacji, a ja słabłam coraz bardziej. Było bardzo upalne lato, które przy mojej niewydolności oddechowej było zabójcze i tak 2 sierpnia 2019 r. trafiłam ponownie do DCChP we Wrocławiu. Moja siostra pojechała do szpitala ortopedycznego, aby dowiedzieć się, jak długo mam jeszcze czekać na przyjęcie i uzyskała odpowiedź, że szpital musiał wstrzymać wszystkie planowane operacje, ponieważ NFZ nie przedłużył kontraktu. Ta wiadomość była dla mnie jak wyrok – pomyślałam wtedy, że chciałabym, aby było mi dane doczekać się. Żyłam nadzieją, że Bóg ma wobec mnie plan.

23 grudnia 2019 r. trafiłam ponownie do szpitala. Miałam złe wyniki gazometrii, infekcję dróg moczowych, a także zapalenie wątroby spowodowane jednoczesnym braniem dwóch leków. Byłam bardzo słaba i nie do końca świadoma tego, co się wokół mnie działo – spędziłam trzy tygodnie w szpitalnym łóżku, ale Bóg dał mi kolejną szansę. Następnie 2 marca 2020 r. trafiłam z powrotem do DCChP, aby lekarze ustawili mi na nowo parametry na respiratorze oraz dopasowali maskę na noc, ponieważ ta, którą miałam, powodowała duże przecieki, co wpływało źle na moje dotlenianie.

Ciągłe ograniczenia, opuszczanie szkoły i spotkań z przyjaciółmi stały się moją codziennością, rzeczywistością, w której żyję do dziś. Nie mam możliwości wyjść na spacer, ani na przejażdżkę rowerową, co tak bardzo lubiłam robić. Po diagnozie osteoporozy każdy dzień może pogorszyć mój stan, dlatego nie mogę pozwolić na dalsze wyczekiwanie.

Moją jedyną szansą, by móc sprawnie i normalnie żyć bez sprzętu wspomagającego oddech, jest konieczna, ale bardzo kosztowna operacja w Stanach Zjednoczonych, gdzie będę miała zapewniony najlepszy sprzęt oraz wybitnych fachowców. Moja operacja została wyceniona na ponad 5 milionów złotych. Jest to dla mnie ogromnie wysoka kwota, którą muszę w jak najszybszym czasie zebrać. Każdy dzień zwłoki jest dla mnie ryzykiem, który może doprowadzić do nieodwracalnych powikłań…

Mój organizm potrzebuje mocnej konstrukcji zdrowego kręgosłupa, abym mogła spokojnie patrzeć i planować przyszłość. Dlatego proszę, wręcz błagam o wsparcie…

 

ARTYŚCI, KTÓRZY BIORĄ UDZIAŁ W PROJEKCIE DLA IWONKI

Grażyna Szapołowska ,Ich troje, Maja Kapłon, Karolina Poźniak, Anna Mikołajczyk, Izabela Trojanowska, Daria Adamczewska, Justyna Makowska, Lidia Kopania , Anna Świątczak, Iwona Manista-Kutryś, Sylwia Drzewiecka, Angelika Piznal, Angela, Andżelika Guściora , Dominika Zamara ,Lucillla Scarsella ,Paweł Siluk-Steiner ,Zespół „KaDar”Aneta Skarżyski, Kris Talisman i Magda Durecka , Jola Molek ( Jolene) , Lucas. M, Iwona Węgrowska,, Krzysztof KIS ,Paweł  Mosiołek, Albert Ciemerych i zespół ALBIK, MAKSYMILIAN Chaba.

Akcja płyty jest charytatywnym projektem, którego celem jest zebranie 40 artystów z różnych gatunków muzycznych i pomoc w zebraniu 5 milionów złotych  dla Iwonki.

Piosenki jakie będą prezentowane na płycie będą z różnych dziedzin muzyki od popu aż po muzykę klasyczną.

Każdy artysta biorący udział w projekcie przesyła nieodpłatnie swój utwór już nagrany, do którego ma prawa -w pliku wave oraz zdjęcie i krótka notka o sobie.

Nakład płyty przewidywany w ilości 2-5 tys egzemplarzy wraz z digipakiem 2 CD oraz książeczką, , jak i zdjęcie na okładce płyty.

Za projekt graficzny , wypoziomowanie nagrań oraz układ płyt 2CD odpowiedzialny jest Pan Michał Baran.

Wydanie płyty zaplanowane jest na 6 Grudnia 2020.

Dystrybucja płyty odbędzie się na Allegro oraz innych portalach internetowych, trwają negocjacje z różnymi sponsorami.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

ZOBACZ RÓWNIEŻ

GWIAZDY CORAZ CZĘŚCIEJ WYBIERAJĄ PODKARPACKI HOTEL I SPA NA WEEKENDOWY RELAKS

Nie tylko zagraniczne kurorty są wybierane przez gwiazdy